czwartek, 11 lutego 2010
Jak to z Cuttlebugiem bywało

Motto: "Jeśli chodzi o dobre chęci, to Provo Craft ma je w ogóle..."

Jakoś tak chyba pod koniec października to było. Przyznaję - nie bez mojej winy, wypróbowywałam nowy szablon do wytłaczania Sizzixa i zrobiłam za grubą kanapkę. No i trachnęło coś w środku. Poszła metalowa część, coś w rodzaju pionowej kolumny, w której osadzone są wszystkie poziome części w tym oba wałki. I ona właśnie między tymi wałkami pękła.

Własnymi rękami, co prawda z użyciem systemu przekładni i kół zębatych, spowodowałam pęknięcie metalowego elementu grubości (w tym miejscu) ołówka, metodą rozciagania. Mówcie mi Luśka.

Najpierw skontaktowałam się ze sklepem Oh My Craft, gdzie kupiłam swoją maszynkę (w owym czasie nie była jeszcze dostępna w Polsce). Powiedzieli, że wymienią, jeśli dostarczę w oryginalnym opakowaniu itd itp. Tyle, że przesłanie maszynki kosztuje więcej niż sama maszynka. Spróbowałam inaczej.

Wypełniłam formularz kontaktowy na stronie Provo Craft. Do dziś nikt nie odpowiedział.

Więc jeszcze inaczej: Na stronie Provo Craft jest darmowy telefon kontaktowy. Oczywiście darmowy to on jest dla mieszkańców USA, ale tak się składa, ze znam jedną tamtejszą mieszkankę (Joanne, gorące pozdrowienia!).

W Provo Craft bardzo się przejęli, wzruszyli, że to jeden z pierwszych Cuttlebugów w Polsce i obiecali, że wyślą nowy. Wzięli namiary na mnie i - cisza.

Po jakichś 2 tygodniach Joanne znów zadzwoniła do producenta, połączono ją z kimś innym i ta sama historia od początku - obietnice, namiary i cisza.

Za trzecim razem miałam więcej szczęścia - kolejna osoba obiecała wziąć sprawę w swoje ręce, dała namiary na swój osobisty telefon i obiecała wysyłkę... po Nowym Roku, bo magazyn był pusty.

Cuttlebug dotarł do mnie w poniedziałek, a ludzie z Provo Craft byli na tyle mili, że wzięli na siebie wszystkie opłaty celne. Dodatkowo podarowali jedną maszynkę Joanne, która dostała swoją przesyłkę dzisiaj.

Podsumowując - wszystko długo trwało, dobrze się skończyło, a ludzie z Provo Craft zrealizowali swoje obietnice z nawiązką. Z drugiej strony - gdyby nie pomoc i cierpliwość Joanne, pewnie nic nie udałoby mi się osiagnąć.

poniedziałek, 31 marca 2008
Z cyklu "Mistrzowie marketingu"

Na prośbę potencjalnych kupujacych wypróbowałam te grzbiety do bindownicy, które ostatnio kupiłam.

Efekt testów:

 

 

A moje wrażenia są następujące:

Największą zaletą tych grzbietów jest to, że istnieją. Bo dla skoku 2:1 nic innego o tak małej średnicy (12 mm) się nie znajdzie, poza grzbietami kupowanymi w wielkich szpulach albo specjalnymi dedykowanymi do bind-it-all, które można sobie sprowadzić zza oceanu.

Niewielką wadą jest to, że rozstaw zebów jest minimalnie większy niż 2:1, ale ma to znaczenie wyłącznie w momencie zakładania sprężyny, nie wpływa natomiast na skutecznosc, czy komfort użytkowania.

Sporą wadą natomiast jest to, że drucik jest bardzo miękki. Na tyle, że zamiast zaciskać go bindownicą wygodniej zacisnąć w palcach, bo bindownica robi to w sposób nie do końca kontrolowany.

Reasumując - gdybym znalazła inne grzbiety o tej średnicy pasujace do bind-it-all i w podobnej cenie, to z duzym prawdopodobieństwem byłyby lepsze, ale te też moga być, a że robienie notesów mi się spodobło, to nie powinnam mieć problemów ze zużyciem zasobów. Mam dużą rodzine, każdy ma jakieś urodziny i imieniny... ;)

piątek, 07 marca 2008
Jeśli nie tusze, to co?

A na przykład flamastry. Można użyć zwykłych flamastrów, pomalować stempel, chuchnać (bo to co było malowane na początku, zdążyło trochę podeschnąć) - i już!

Jakiś czas temu skusiłam się na bardziej specjalistyczne flamastry, polecane do stempli, tzw. "brush markers" (zdjęcie ze strony producenta, Marvy Uchida).

 

 

Wbrew nazwie, nie mają one na końcu włochatego pędzelka, tylko zwykłą flamastrowa końcówkę, tyle że większą i kształtem faktycznie przypominającą nieco pędzel. Można malować czubkiem detale, albo bokiem większe powierzchnie. I nie trzeba chuchać, bo wolno schną. Do wyboru mamy aż 108 kolorów (jeśli ograniczymy się tylko do jednej firmy) w różnych zestawach, a komplet 12 kolorów kosztuje mniej niz 12 kolorów tuszu.

Główną wadą tych flamastrów, podobnie jak wszystkich innych, jest to, że nie kryją one tak jak tusze, tzn. jasne kolory sa niewidoczne na ciemnym tle. 

wtorek, 04 marca 2008
Czyszczenie stempli

Jeszcze do niedawna używałam do czyszczenia stempli tych samych chusteczek, których używam przy przewijaniu mojego synka, ale pewnego dnia przeczytałam, że zawarty w nich natłuszczający balsam może uszkodzić stemple. Jak się domyslacie, ta informacja spędzała mi sen z powiek i postanowiłam zainwestować w profesjonalne czyścidło.

Zestaw firmowany jest przez Ranger Industries i są w nim dwa różne środki - niebieski do codziennego używania, zielony do zadań specjalnych.

 

 

Na razie używałam głównie niebieskiego i - czyści. Lekko się pieni, po nałożeniu wystarczy przetrzeć stempel lekko wilgotną szmatką i jest jak nowy. Zielony natomiast nie pieni się i po nałożeniu trzeba odczekać około minuty. Po użyciu schodzą również stare zabrudzenia, z którymi nie mogła poradzić sobie woda z mydłem.

 

poniedziałek, 03 marca 2008
Bind-it-all

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że nigdy nie używałam innej bindownicy, nie będzie to więc charakterystyka porównawcza, a jedynie moje wrażenia z testów.

Zanim kupiłam

Przed zakupem słyszałam o niej same dobre rzeczy - lekka, mała, poręczna, przy tym cena dużo niższa od cen najtańczych bindownic drutowych dostępnych w Polsce, zwłaszcza, jeśli nie trzeba płacić za przesyłkę przez ocean. Było tylko jedno "ale" - Bind-it-all działa w systemie 2:1, czyli 2 dziurki na cal, podczas gdy najpopularniejsze bindownice robią trzy dziurki na cal (system 3:1). Ponieważ sprężynki można kupić tylko w opakowaniach 100 (jednakowych) sztuk, martwiłam się, że będę musiała wykorzystać sama całą setkę, bo nie będzie się z kim powymieniać. Na szczęście okazało się, że 2 inne znane mi osoby też mają bindownice w tym systemie, więc nie będzie tak źle. Z czasem pewnie nas przybędzie.

System 2:1 ma też swoją dużą zaletę - dostępne są sprężyny o średnicach do 32 mm, podczas gdy w systemie 3:1 największy rozmiar to 14 mm.

Rozważywszy wszystkie wady i zalety, zdecydowałam sie na zakup.

Co jest w pudełku?

Oprócz samej bindownicy jest mikroskopijna książeczka z instrukcją obsługi i kilkoma inspirującymi obrazkami - oczywiście zbindowana grzbietem drucikowym :D. Do tego płyta DVD z krótkim, siedmiominutowym filmem, na którym dwie panie rozmawiają o zaletach bindownicy oraz innego narzędzia tej samej firmy - Dreamkuts, czegoś w rodzaju gilotyny czy obcinarki (film przekonał mnie, że narzędzie to jest mi doskonale zbędne). Ten sam film można obejrzeć na stronie www.binditall.com.

Dziurkowanie

Przed rozpoczęciem pracy trzeba wyciągnąć z tyłu dodatkową podpórkę, dzięki czemu maszyna jest stabilniejsza i nie przewróci się pod wpływem nacisku. Po pracy podpórkę się wsuwa i bindownica znów jest malutka.

 

 

Testowałam dziurkowanie kilku warstw cienkiego papieru, dwumilimtrowej tektury i płyty CD - przedziurkowanie tej ostatniej wymagało trochę wysiłku, ale tylko mojego - sama bindownica radzi sobie bez zarzutu. Producent twierdzi, że dziurkować mozna do 8 warstw kartonu oraz strony pokryte tkaniną - nie próbowałam, ale wierzę. :D

Za jednym razem bindownica robi 6 dziurek, ale można bez problemu bindować na większej długości. Z boku znajduje się suwak, któy można ustawiać w 4 pozycjach:

 

 

Położenie A umożliwia włożenie papieru w dowolny sposób, bez ograniczania, czy dopasowywania. W tym położeniu ustawiamy też suwak, kiedy chcemy przesunąć papier. 

W położeniu B wysuwa się bolec, którego wielkość odpowiada dokładnie dziurkom robionym przez bindownicę. Dzięki temu możemy równo ustawić papier, kiedy chcemy zrobić więcej niz 6 dziurek w rzędzie. 

Położenia C i D przydatne są zwłaszcza, kiedy dysponujemy oryginalnymi okładkami Zuttera, różnią się od siebie o ok. 2mm, dzięki czemu okładka jest odrobinę wysunięta w stosunku do kartek wewnętrznych.  Okładki odpowiedniej wielkości mozna oczywiście zrobić sobie samodzielnie po dokładnym wymierzeniu.

Tuż obok szczeliny, w którą wkłada się papier, zaznaczone sa miejsca dziurkowania, oraz środek.

 

 

 

Zaciskanie sprężyny

Do bindownicy dołączone są płytki pozwalajace na ustawienie mechanizmu w odpowiedniej pozycji w zależności od średnicy sprężynki. Na końcu śruby przyczepiona jest "żabka" zabezpieczająca - dopóki jest na swoim miejscu, szczelina jest zbyt duża, żeby przyciąć palec. Producent zaleca, żeby zdejmować żabkę tylko wtedy, kiedy ma byc zaciskana wyjątkowo mała sprężynka, a potem od razu zakładać zabezpieczenie z powrotem.

 

 

Podsumowanie

Pierwsza książeczka już zbindowana i z całą pewnością bedą następne. Chętnie wypróbowałabym inną bindownice, żeby móc porównać wrażenia. Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania, albo komentarze, chętnie odpowiem.

 
1 , 2